
Któż z nas nie grał w Wyprawę do El Dorado!
Ale serio. Ktoś nie grał? :>
Gra miała bardzo pozytywne przyjęcie w Polsce. Powiedziałabym nawet, że była hitem w 2019 r., kiedy to ukazała się nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia. W ciągu kilku lat pojawiło się do niej kilka dodatków, a nawet alternatywna wersja podstawki, czyli Wyprawa do El Dorado: Złote Świątynie. Stworzenie przez Reinera Knizię kolejnych wariacji na jej temat, korzystających nieco z renomy pierwowzoru, było kwestią czasu.
Tym razem stajemy przed arkuszem papieru i kośćmi, by w trybie wykreślanym, za pomocą ołówka przedzierać się przez gąszcze dżungli ku El Dorado.
El Dorado to synonim szczęścia. Czy gra daje szczęście i radość grającym? :>
Ołówkiem przez chaszcze
Tytuł „Wyprawa do El Dorado: Gra kościana” chyba nie pozostawia złudzeń co do potencjalnego charakteru gry. Kości, losowość, nieprzewidywalność. Ale kto przedzierał się kiedyś przez dżunglę do El Dorado, ten wie, że faktycznie w takiej podróży nie da się wszystkiego zaplanować :) Pytanie tylko jak duży jest wpływ losowości na wynik rozgrywki, a jeszcze ważniejsze, czy gra stwarza interesujące i rzeczywiste decyzje?
Na wstępie warto od razu wyjaśnić jedno: wykreślane El Dorado jest produktem familijnym. Zasady rozgrywki są banalnie proste. W swoim ruchu wybieramy wynik na jednej z kości bądź rzucamy kośćmi, gdy żadna z nich nie jest już dostępna w puli ogólnej. Kostki możemy wykorzystywać na 2 sposoby. Nasz arkusz mapy, po którym poruszamy się przez różne rodzaje terenu, aby dotrzeć do El Dorado, podzielony jest na 2 obszary. Albo gromadzimy zasoby pomocne w wędrówce na przyszłość (dokonując skreśleń w strefie zasobów) albo pokonujemy kolejne pola wyprawy (skreślenia w strefie trasy). Ten zabieg robi 2 dobre rzeczy. Po pierwsze każdorazowo decydujemy czy wolimy poczynić postęp na mapie (co jest sednem gry) czy odblokować któreś usprawnienie na przyszłość. Po drugie stwarza nam kilka opcji wykorzystania niezadowalającego wyniku na kości. Możemy „upchnąć” gdzieś niefrasobliwy wynik.

Optymalizacja ponad przygodę
Wyprawa do El Dorado: Gra kościana to wyścig o to, kto pierwszy dotrze do celu i wygra grę. Dlatego najważniejsza będzie tu optymalizacja. Nie zawsze dostaniemy wymarzony wynik na kości, a to rodzi pytanie: jak go mądrze wykorzystać, aby nie stracić tempa, nie stracić tury. Poczucie optymalizacji jest tu bardzo przyjemne i wychodzi na pierwszy plan. Staramy się synchronizować akcję główną i „dodatkową”. Faktycznie mamy sporo decydowania, dzięki ilości wyborów w strefie zasobów. Niekiedy jednak decyzje są oczywiste, dlatego bardziej wymagający gracze mogą odczuć ograniczoną głębię.

W grze decyzje podejmujemy ad hoc, co jest bardziej typowe dla gier rodzinnych. Planowanie strategiczne może przynieść frustrację, gdy losowość zweryfikuje nasze plany. Ale umówmy się… sercem tej wykreślanki wcale nie ma być strategia, a raczej inteligentne spożytkowanie tego, co nam przyniesie los :) Dlatego finalnie w grze nie ma takiego dużego ubolewania nad wynikiem rzutu kością, chociaż jego namiastka może się pojawić pod koniec gry oraz w scenariuszach nr 3 i 4, gdzie chcemy uiszczać opłaty na rzecz plemienia Muisca, ale korzystać możemy tylko z monet na kościach, a nie z naszych zasobów. Wówczas możemy „utknąć” na kilka tur, robiąc niezbyt efektywne rzeczy, gdy nie mamy dostępu do kości z monetami.

Jak na klimat wyprawy, przedzierania się przez różne tereny, mamy tu dość mało samej przygody. Również sam wyścig nie jest bardzo odczuwalny, jeśli nie zechcemy zerkać na postępy innych graczy. Dopiero pod koniec gry zaczynamy odczuwać presję, chociaż dość często okazuje się, że ktoś wygrał o włos. Wyścig jest zatem realny. Mam wrażenie, że nie mamy tu dużych dysonansów między graczami, nawet przy odmiennych pomysłach na grę. Warto też dodać, że poza opcją zostawienia wysokiej jałmużny w świątyni (co może przystopować innych graczy) i poza podbieraniem przeciwnikowi kości, nie mamy tu innej przestrzeni na interakcję. Raczej każdy sobie trasę skrobie.
Nawigacja i wykonanie
Aby rozgrywka miała różne oblicza, do gry dołączono 4 alternatywne arkusze mapy. Bloczki są dwustronne i jest ich sporo. Dzięki mapom wyzwanie ma zawsze nieco inny kształt, mimo niedużej zmienności reguł. Doczytanie nowych zasad to chwilka, a układ pól i liczba świątyń powoduje, że faktycznie adaptujemy działania do nowego scenariusza. Z założenia arkusze prezentują rosnący poziom trudności gry. Może z punktu widzenia dziecka tak jest. Jednakże z punktu widzenia osób grających regularnie, uważam, że z kolejnym arkuszem rośnie tu tylko poziom ciekawości samej rozgrywki. Gra jest bardzo prosta niezależnie od poziomu. Pomimo zmienności arkuszy nie odczułam jednak, by moje wrażenia z gry wyraźnie inne.
Kościana Wyprawa do El Dorado jest bardzo porządnie wydana. Od strony graficznej mamy tu kontynuację oprawy wizualnej tej serii i kunszt Vincenta Dutrait. Piękne, duże, ciężkie kości. Kolorowe, czytelne bloczki. Świetna kolorystyka grafiki na okładce (tajemnicza i zapraszająca do środka), a nawet klimatyczna grafika wewnątrz pudełka. Wszystko bardzo estetyczne jak na standardy gier wykreślanych. I oczywiście urocze ołóweczki z inicjałami NK :) Wizualna interakcja z grą to sama przyjemność!

Podsumowanie
Wyprawa do El Dorado: Gra kościana, chociaż jak sama nazwa wskazuje, bazuje na kościach, nie jest grą typowo push your luck. Losowość nie gra tu pierwszych skrzypiec. Gra oferuje wybór opcji z kilku dostępnych, narzuconych przez los. To zdecydowanie duży plus gry. Kości dostarczają nieprzewidzianego zestawu możliwości, ale to gracz decyduje jaki zrobić z tego użytek. Dzięki temu w grze nie ma tak dużego znaczenia fakt, czy dobrze rzuciłam kośćmi, tylko jak dany wynik wykorzystać, by uzyskać jak najlepszą korzyść. W tym aspekcie uważam grę za ciekawie zaprojektowaną.

Mnie jednak niestety wykreślane El Dorado nie chwyciło za serce, chociaż całą serię darzę dużą sympatią. Grę oceniam jako poprawną, ale niestety nie czuję tu syndromu kolejnej partii. Rozgrywka nie dostarczyła mi wrażeń, które sprawiłyby, że chciałabym zagrać częściej. Zabrakło dla mnie elementu przyciągającego. Natomiast nie mam wątpliwości, że gra może zaleźć swoich zwolenników w rozgrywkach z dziećmi czy z mniej zaawansowanymi graczami.
Gdybym miała uszeregować produkty (samodzielne podstawki) z tej serii, zaczynając od ulubionych, wyglądałoby to następująco:
1. Wyprawa do El Dorado: Złote Świątynie,
2. Wyprawa do El Dorado,
3. Wyprawa do El Dorado: Gra kościana.
Natomiast zachęcam do sprawdzenia każdej. Wszak opinia jest kwestią osobistych oczekiwań i preferencji :)
O serii Wyprawa do El Dorado pisaliśmy już nieraz. Jeśli interesuje Was opinia o grze podstawowej (tu, tu i tu), o dodatkach, a także o wersji alternatywnej samodzielnej podstawki, zapraszamy do odnośników.

Dziękujemy Playmaty.pl za śliczną matę do gier :)
Jeśli tekst Ci pomógł, może wspomożesz nas kawą? :) Stanowi ona wsparcie Stowarzyszenia Games Fanatic, aby móc prezentować więcej interesujących gier :)
Ogólna ocena
(5.5/10):









Złożoność gry
(3/10):









Oprawa wizualna
(8/10):









Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Ot, nie mogę powiedzieć, że gra jest zła, ale też nie znajduje w niej niczego takiego, co skłoniłoby mnie, żeby ją polecać, czyli totalny przeciętniak. Sporo istotnych wad wpływających na grywalność. Odczuwalne zalety powodują jednak, że osoby będące fanami gatunku – mogą znaleźć w niej coś dla siebie.
GamesFanatic.pl Gry planszowe – recenzje, felietony









