Home | Felietony | Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

Swego czasu opisywałem dwa stworzone przez siebie tytuły z dzieciństwa: Życie i Wybory. Oba były dość dużymi kombajnami, ale jednocześnie najbardziej udanymi i grałem w nie przez lata. Oprócz nich pojawiało się jednak dość sporo innych, mniejszych produkcji, które zapewniły mi frajdę i trochę praktycznej wiedzy. Chciałbym o jednym z nich wspomnieć, bo związany jest z nim aspekt edukacyjnym i przemyślenia na ten postrzegania rzeczywistości przez dziecko. Gra nosiła nazwę „Wyścig dookoła świata”.

Dokładnie nie wiem kiedy ona powstała, sądzę, że wymyśliłem ją gdzieś w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, będą uczniem pierwszej, drugiej czy trzeciej klasy szkoły podstawowej. Wiem natomiast co było inspiracją do stworzenia tej gry. Było to otrzymanie na własność mojego pierwszego atlasu świata oraz notatnika-kalendarza z prawdziwego zdarzenia (gdzie każdy dzień miał miejsce na zapiski, a na końcu były mapy świata, tabela walut itp.).

Pamiętam, że byłem zachwycony atlasem. Namiętnie kartkowałem mapy, czytałem nazwy miast, oglądałem flagi i mierzyłem odległości pomiędzy różnymi miejscami. Chciałem jednak jakoś TYM się pobawić. Przemienić atlas świata w bardziej interaktywną zabawkę. Najlepiej jednoosobową. Temat pojawił się automatyczne, bo w telewizji były jakieś relacje z rajdu Paryż-Dakar czy tez zawodów Camel Trophy. Tak powstała idea wyścigu dookoła świata.

Paryż Dakar

Paryż-Dakar

Mechanika, jak przystało na dziecko w tym wieku, była prymitywna do bólu. Na początku spisywałem listę zawodników na jednej z pierwszych stron kalendarza poświęconej kontaktom. Najczęściej było to 30, 40 czy 50 osób, koledzy z podwórka, szkoły, rodzina. Miejscem startu wielkiego wyścigu była oczywiście Warszawa, jako miejsce mojego zamieszkania.

Wyścig opierał się na odmierzaniu linijką w atlasie odległości pomiędzy poszczególnymi miastami. Pamiętam, że zachwycony byłem pojęciem skali oraz podziałką, która pozwala łatwo przemienić odcinek na mapie w określoną liczbę kilometrów. Kierowcy nie mieli odpoczynku i jechali 24h/dobę. Miałem jakąś ustaloną średnią prędkość, chyba 100km/h i dzięki temu wiedziałem w jakim czasie ile obszaru na mapie mogą pokonać. Brakowało jeszcze tylko emocji i walki kierowców na trasie. To umożliwiły wypadki :)

Wypadki polegały na tym, że co ustalone kilka godzin jazdy rzucałem kostką (powiedzmy po przejechaniu przez kierowców odcinka 500 km, czyli 5 godzin jazdy). Wartość 1 oznaczała, że w ogóle jakiś wypadek się wydarzył. Następnie ponownie rzucałem kostką, aby poznać ile było wypadków. Dla każdego wypadku sprawdzałem kogo z zawodników dotknął (oczywiście losowo). Na koniec sprawdzałem jak groźny to był wypadek. Tutaj z każdym oczkiem związana była liczba straconych minut na naprawę. W kalendarzu, w miejscu na notatki z każdego dnia wyścigu, wpisywałem obecny ranking zawodników, czyli listę wszystkich kierowców z uwzględnieniem czasowej straty do lidera/liderów.

Wypadek

Wypadek

I tak kierowcy gnali z Warszawy do zachodniej granicy, przecinali NRD, RFN, lecieli już nie pamiętam czy na kraniec Portugalii czy Irlandii. Tutaj lądowali w promie i płynęli do Kanady. Stamtąd znowu wyścig przez całą Amerykę Północną i Południową, Australię, Azję, dookoła Afryki i wracali do Polski. Po drodze mieli liczne niespodziewane stłuczki, dachowania, kolizje, a ranking zmieniał się jak w kalejdoskopie.

Wszystko to jednak miało niesamowity aspekt edukacyjny. Pamiętam, że poznałem wszystkie flagi państw świata (co później jeszcze ugruntowała gra w kapsle), znałem mnóstwo nazw miast i wiedziałem gdzie leżą i w jakim państwie, co przez lata procentowało przy kontakcie z programami TV, książkami czy pismami. Poczułem praktycznie takie pojęcia jak skala, odległość, czas itp. Było to niesamowicie dobre ćwiczenie z dodawania, odejmowania, mnożenia, dzielenia. I wszystko w postaci zabawy.

Teraz jak sobie o tym myślę, to widzę – pewnie trywialne dla wielu z was, ale jednak często się o tym zapomina – jak głodne wiedzy jest dziecko i jak naturalnie pochłania wiedzę, niczym gąbka. O ile tylko nauka przedstawiona jest w interesującej formie, w postaci zabawy czy gry. Jak łatwo przemienić każdą naukę geografii, historii, matematyki etc. etc. w coś dla dziecka niezwykle atrakcyjnego. Problem jednak jest, że zapomina się o tym często w szkołach.

Dawno temu przeczytałem na murze taką mądrość podwórkową – „człowiek rodzi się mądry, a później idzie do szkoły”. Niby na pierwszy rzut oka idiotyczne hasło, ale ma swoją łobuzerską mądrość. Faktycznie jak sobie przypominam niektórych nauczycieli – szczególnie za czasów komuny – którzy chcieli tylko odbębnić temat, nudzili, wręcz jakby sami ze sobą walczyli, aby podzielić się wiedzą, to hasło nie brzmi już tak głupio. Bo łatwo przemienić głodne wiedzy dziecko w osobę, która po prostu szkoły nie lubi i się w niej okrutnie nudzi. Tu właśnie pojawia się różnica pomiędzy mentorem, który jest w szkole z powołania i potrafi uczyć i bawić dzieci, od nauczyciela będącego w szkole dla odbębnienia praktyk czy przeżycia do pierwszego i wakacji.

W szkole

W szkole

Z tych wszystkich powodów też z dużą satysfakcją obserwuję i wysłuchuję wszystkich relacji ze spotkań dzieciaków z planszówkami, czy to w podstawówce czy przy spotkaniach rodzinnych, o których mówią mi różni znajomi. Dla dziecka będą to na pewno niezapomniane wrażenia, a wielokrotnie bardzo pouczające.

Wracając do gry z dzieciństwa „Wyścig dookoła świata”. Tak sobie myślę, że można byłoby ją jeszcze odświeżyć i pograć w przyszłości z dzieckiem. Dzięki Internetowi aspekt edukacyjny można by jeszcze bardziej poszerzyć (jakie możliwości daje choćby Google Earth czy Google Maps). Powiedzmy, że tworzę wyścig po Polsce czy Europie. Dla ważnych punktów trasy (checkpointów) drukuje sobie zdjęcie znanego zabytku lub jakiś inny charakterystyczny element. W momencie, gdy kierowcy będą mijać dany punkt pokazałby takie zdjęcie dziecku. Na pewno lepiej działa na wyobraźnie niż sama nazwa. Fajnie byłoby też poprawić samą mechanikę (choć z drugiej strony dziecko zwykle nie czuje problemów ze zbytnią losowością). Może zamiast rzutu kostką kilka stosów kart. W zależności od podejmowanego ryzyka (czyli wzrostu prędkości) groziły nam gorsze konsekwencje i więcej straconych minut. Pojawiłyby się dzięki temu drobny element decyzyjny. Albo dodać ograniczony zapas paliwa, tak, aby młody gracz musiał przewidywać (liczyć) czy mu, aby wystarczy benzyny i ile czasu musi poświęcić na jej uzupełnienie. Fajnie byłoby też poprawić element symulacji jazdy reszty kierowców (tych, którymi my nie kierujemy).

Reasumując. Notatnik, atlas samochodowy czy po prostu mapa, linijka, długopis i kilka dodatkowych gadżetów i można otrzymać edukacyjną grę, w którą dziecko potrafi wciągnąć na długo. A co najważniejsze, niczym komiksy o Tytusie, Romku i Atomku, oprócz bawienia, będzie taka gra też uczyć.

 

4 komentarze

  1. A zostały ci jakieś materiały z tej gry Pancho? Jeśli tak, może jakieś fotki? :)

  2. Pomysł gry edukacyjnej brzmi interesująco. Po dopracowaniu może Rebel się skusi? Ostatnio ruszył jakiś program dla autorów gier:)

  3. Ech ja pamiętam jak z bratem graliśmy we własne gry bitewne używając dwóch talii kart:

    rozkładaliśmy karty rewersem do góry tak jak jednostki przed bitwą i wydawaliśmy rozkazy tym jednostkom. Dopiero gdy gdzieś dochodziło do starcia odwracaliśmy obie karty i silniejsza zostawała w walce a w przypadku remisu obie ginęły (oczywiście te karty co przeżyły były z powrotem obracane).

    Zawsze był problem, żeby szybko wybić asy przeciwnika zanim narobią większych szkód nam niż nasze asy im :) A jak sobie jeszcze przypomnę, że ukształtowanie terenu imitowała rozrzucona w nieładzie kołdra ;D

    Coś jest Pancho w tym powiedzonku o mądrości i szkole.

  4. Ja tez robilem mnostwo gier i pamietam, ze bardzo mocno staralem sie wprowadzic jakies innowacje w mechanice, ale nie bardzo mialem skad czerpac wzorce… Nie mialem bowiem w domu zadnych madrzejszych gier.
    Pamietam ze w jednej mojej grze potrzebna byla jedna osoba z personelu :) ktora obslugiwala gre podczas partyjki – w odpowiednich momentach musiala ona przesuwac rozne elementy planszy-makiety (zapadnie, pulapki) i gracze musieli miec szczescie zeby trafic w odpowiedni moment ;)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*